Dziura obrzucił ją wzrokiem i w miejscu należytym ujrzał ogon rybi, na murawie leśnej poległy zwiniętą w muszlę kończyną.
Na widok ogona opamiętał się i odzyskał dawny rozsądek.
Lepsza moja baba, bo jej nóg nie brak i ogonem mi oczu nie kala — pomyślał z zadowoleniem.
Majka dłoń z pierścionkiem nieśmiało wyciągnęła ku niemu na odległość, którą Dziura wzrokiem zmierzył natychmiast.
— Czekałam — szepnęła.
Dziura nic nie odpowiedział, jeno spojrzał na jej warkocz złocisty, aby zbadać, czy jest i czy na miejscu się znajduje właściwym.
Warkocz złocił się i puszystymi zwojami opadał, jak zazwyczaj, z ramion ku stopom.
Widok warkocza poruszył w Dziurze niechęć zatwardziałą.
Nie mógł nań patrzeć inaczej, jak właśnie na dusiołka, który go dręczył po nocach.
— Czemuś nie przychodził? — ozwała się znowu Majka.