— W tym właśnie sęk — szepnęła Maruda — że prośba moja wcale nie jest skromna.
— Cóż to za prośba? — spytał sułtan wielce rozciekawiony.
— Zuchwała! — odrzekła Maruda.
— Powiedz jednak, jaka? — nalegał sułtan.
— Nie byle jaka! — odparła Maruda.
— Chciałbym ją jednak posłyszeć! — mówił sułtan.
— Wolę w duszy ją nosić, bo mi wstyd ją wygłosić! — odpowiedziała Maruda.
— Czy znów chcesz swoją prośbę odroczyć do następnego poniedziałku? — zapytał coraz bardziej rozciekawiony sułtan.
— Władco mój i panie! — zawołała Maruda. — Jeśli chcesz, abym dziś jeszcze prośbę swoją wyznała, musisz mi uprzednio dać trzy przyrzeczenia: po pierwsze — że nie uczynisz ze mnie pośmiewiska; po drugie — że nie zlecisz swym odźwiernym, aby mnie obili rózgami; po trzecie zaś — że nie każesz mnie powiesić na pułapie mej własnej chałupy!
— Przyrzekam ci, moja kobiecino! — rzekł sułtan, uśmiechając się pod wąsem. — Nie jestem ja ani tak mściwy, ani tak okrutny, abyś miała potrzebę zabezpieczania się od takich kar. Mów więc śmiało, czego pragniesz? Słucham cię uważnie.