I wiem, że na skleconym bezładnie posłaniu
Leżysz, jak topielica na twardym dnie zdroju309.
Biegnę tam. Łkania milkną. Cisza, niby w grobie.
Zwinięta, na kształt węża, z bólu i rozpaczy
Nie dajesz znaku życia — jeno310 konasz raczej,
Aż znienacka za dłoń mię311 pociągasz ku sobie.
Jakże łzami przemokłą, znużoną po walce
Dźwigam z nurtów pościeli w ramiona obłędne!
A nóg twych rozemknione312 pieszczotami palce
Jakże drogie mym ustom i jakże niezbędne!