Właśnie podczas jednego z takich pierzchnięć, gdy mocniej i rzęsiściej sobie samemu w myślach własnych zasrebrniał, przypomniało mu się, że Majki potrafią człeka najpoważniejszego na śmierć białymi palcami załechtać.
Prawiła mu o tym nieraz młynarzowa swojaczka, z którą się często na jarmarku spotykał. Na myśl o tym doznał dokuczliwego pod pachami niepokoju, jakby się tam mucha jakaś, bzykając, do lotu zerwała.
Z nieufnością spojrzał znowu na Majkę.
— Umiesz ty człeka na śmierć załechtać? — spytał, badawczo zasępiając czoła.
— Umiem — odparła Majka.
— A mnie na ten przykład mogłabyś taką krzywdę palcami białymi wyrządzić?
— Od twego to rozkazu zależy — odrzekła Majka pokornie.
— Gdzieżbym ja tam takie rozkazy wydawał! — zaniepokoił się Dziura, wzgardliwie wzruszając ramionami. — I łechtliwy jestem, i nie po to mam duszę, abym ją spod pachy Panu Bogu obelżywie oddawał, jeno po to, abym ją po ludzku w godzinie ostatniej wyzionął.
Pomilczeli oboje, jeno łąka na skinienie Majki wzmogła swój bieg coraz niecierpliwszy, jakby jej śpieszno było do zaocznej w srebrnych oddalach bezpowrotności.
Dopiero teraz przypomniał sobie Dziura, że ma tobołek pod pachą.