Zaniechał Dziura dalszego pociągania.
„Dość mi na tym, com po ramiona obejrzeć zdołał — pomyślał nie bez słuszności. — Tyle się tego z pszenicy wyłoniło, że już można z tym wyłoniątkiem i pogawędzić, i o rodowód zapytać. Wystarczy!”
Pochylił się nieco i warkocza z rąk nie wypuszczając, zajrzał do oczu błękitnych, ponad pszenicą, jako dwa świetlaki jaśniejących.
— Domyślam się, coś za jedna! — powiedział. — Majka jesteś i basta! W pszenicy w noc Zielonych Świątek rusałkujesz5, czatując pewnikiem na przechodniów urodziwych, brakiem czegoś nieokreślonego niby pokusą dotkniętych.
— Puść mnie! — jęknęła Majka, gdyż ona to była we własnej osobie.
— A jak puszczę, to co? — zapytał ciekawie Dziura.
— To nic — odrzekła Majka po krótkim namyśle.
— Nie głupim! — odparł Dziura. — Nie puszczę!
Wiatr łanem pszenicznym kolejno i stopniowo zakołysał, i kołysanie owo z nieznacznym opóźnieniem udzieliło się mży6 błękitnej, którą księżyc ponad łanem rozetlił.
Zdawało się, iż te łany, aż do zawrotu głowy falowaniem objęte, mają dno tak samo chwiejne i niestałe jak powierzchnię.