— A jużci — potwierdził Dziura.
— Nie byłeś dotąd u mnie — zauważył znachor ze źle ukrytym żalem i spojrzał na Dziurę tak, jakby go za ową niebytność strofował i karcił.
— Powód się jakoś nie trafiał — odparł Dziura z poczuciem winy nieokreślonej.
— A teraz trafił się? — spytał surowo znachor.
— Trafił się — pochwycił Dziura.
— Po to istnieje na świecie ów powód, aby się ludziom trafiał — rzekł znachor i wskazał dłonią miejsce na ławie popod ścianą.
Dziura usiadł.
„Co to on teraz mi powie?” — pomyślał ciekawie.
Znachor zydel przysunął i też usiadł — na wprost Dziury, aby go spojrzeniem surowym badać uporczywie.
— A wiesz ty — spytał nagle głosem uroczyście jednostajnym — a wiesz ty, że praojciec nasz Adam, zanim grzechem się splamił, miał skórę rogową, której się żadna śmierć nie imała?