Otchłań

Kiedy wnoszę do lasu znój mego żywota

I twarz tak niepodobną do tego, co leśne,

Widzę otchłań, co skomląc, w gęstwinie się miota

I rozrania1 o sęki swe żale bezkreśne2.

Rozedrgana zielonym, pełnym rosy płaczem,

Przerażona niebiosów ułudnym pobliżem —

Kona z męki i tęskni nie wiadomo za czym,

I cierpi, że nie może na ziemię paść krzyżem.

I nie wie, do jakiego snu ma się ułożyć,