Pytanie Podlasiaka zaskoczyło obydwu zbyt nagle, ogłupiając na chwilę bezczynną dotąd cząstkę duszy, w której się kryją tego rodzaju odpowiedzi.
— Przestworu nam chyba nie brak — zawyrokował Podlasiak i wskazał dłonią pierwszą lepszą oddal przed oczyma.
— Nie brak — potwierdził jednoręki, posłusznie biegnąc wzrokiem za dłonią Podlasiaka. — Człek i wygodę ma, i rozkurczenie wszelakie.
Kulawiec trawę palcami poczesał.
— I chleba mamy pod dostatkiem — mówił w dalszym ciągu Podlasiak, przenosząc wzrok z pustawej torby jednorękiego na pulchną torbę kulawca.
— Do jutra wystarczy — oświadczył jednoręki i po namyśle dodał: — Do południa.
Kulawiec torbę swoją poklepał pieszczotliwie.
— Do południa — powtórzył — do południa!
Twarz Podlasiaka rozjaśniła się nagłym pomysłem i poszerzyła z radości.
— Wiem, czego nam brak! — zawołał, uderzając się dłonią w czoło.