Dziwożona stropiła się na chwilę.
— Nikogo nie pocałuję! — krzyknęła z nagłą stanowczością i ukrywszy głowę w dłoniach, zwinęła się w kłębek na trawie jak szczenię, które przed pieszczotliwą napaścią swych dręczycieli broni się za pomocą upartego odwracania od nich oczu.
— Mówiłem! — przypomniał z wyrzutem w głosie kulawiec. — Nie spodobaliśmy się i basta! Trzeba ją było w worze na oślep pomęczyć tak, żeby potem sił i tchu nie miała na wybryki i odmowy przekorne.
Podlasiak i jednoręki nic nie odrzekli.
Kulawiec końcem kija zmacał pogięty jak fala kark zwiniętej w kłębek dziwożony.
— Dziczysz się czy oswajasz? — zapytał.
Dziwożona podniosła nagle głowę i rozpołowiła dłońmi spadłą na twarz i niciasto skrzącą się grzywę. Snadź powzięła nowe postanowienie.
— Chodźmy razem do pierwszego jaru, tam się przestanę dziczyć i jednego z was wybiorę — rzekła z udaną ochotą i trwożnie zerkając po obecnych, wskazała dłonią głąb lasu, gdzie pierwszy jar się znajdował.
— Do jaru, ludzie dobrzy, do jaru! — zawołał z zapałem Podlasiak.
— Do jaru! — zawtórował jednoręki.