— Niechta! — dorzucił znowu kulawiec i znowu machnął ręką.
Wszyscy z jednoczesnym pośpiechem ruszyli z miejsca i dobieżawszy do strumienia, przystanęli.
Nad brzegiem gęstwiły się gibkie i kolejno wiatrem targane szarfy połyskliwych tataraków, które naruszając strzelistego a wrodzonego im ładu, gmatwały się co chwila i ześlizgiwały wzajem po sobie.
Toń wodna migotała spoza nich, jak spoza sztachet chwiejnych i nieustalonych.
U przeciwległego pobrzeża stalaktytowe smugi odbitej na oślep zieloności zwisały aż do dna — głębsze na pozór od samego strumienia i niedostępne niepokojem marszczącej się z lekka powierzchni. Zdawały się zielonym i spadzistym znijściem59 do nieskończenie dalekich i na opak wybujałych przeciwświatów...
Na najwyższej kończynie osamotniałego w swym górowaniu tataraku kołysał się przesadnie do swej małości rozwahany motyl, który przeświecał czerniawą tkanką białych jak płótno i szczelnie zemkniętych skrzydeł.
Dziwożona, trzymana za ręce, piersią podała się naprzód ku wodzie i odętymi nozdrzami zaczerpnęła ożywczej i zawsze świątecznej woni tataraku.
— Jedną mi dłoń wypuśćcie na swobodę! — napierała się, zerkając błagalnie na Podlasiaka. — Chcę tylko dostać tataraku! Lubię tatarak!
Podlasiak wypuścił z ręki jej dłoń drobną i niemal dziecinną.
Zanurzyła ją natychmiast po ramię w zarośla i wyrwała zowąd jedną łodygę, która ze śliskiej uwięzi wypruła się z jedwabnym poświstem, znaglającym zatkwionego opodal motyla do przesunięcia się na drugą stronę smukłej kończyny za pomocą skrzętnego przebierania czworgiem nóg, zachwiewanych brzemieniem chylącego się na bok żagla...