Obydwaj przyjaciele, przynagliwszy21 ostatnich kroków, zbliżyli się jednomyślnie do tego dębu i usiedli pod nim, plecyma22 wsparci o pień zawile pobrużdżony i mszysty.
Jednoręki zdjąwszy czapkę, plackiem położył ją obok na trawie i nogi przed się wyciągnął, jak chwilowo postronione23 wiosła.
Kulawiec zaś, czapką łysy czerep24 dla sposobności osłoniwszy, niecałą nogę skrzętnie podwinął pod siebie, a całą ostrożnie i niby do snu ułożył w kabłąk25 na ziemi. Korzystając z jej pobliskości, ciemnym jak szylkret26 paznokciem usunął z przegięciny27 schodzonej pięty zbyteczny przytwierdek28 nabytego po drodze błota.
Siedzieli niemal tyłem do siebie i poglądali na własne utrudzone i przebolałe nogi, jakby na tych nogach świat się dla nich w tej chwili kończył.
Jednoręki miał torbę niezmiernie długą i pakowną, choć pustą i zaledwo u dołu z lekka wypaczoną rogatym bezładem szczupłego a rozmaitego brzemienia.
Znać było, iż utrzymuje ją schludnie.
Lśniła się od zgrzebnej, zrudziałej na słońcu czystości.
Od czasu do czasu gładził ją dłonią, jak heblem29, strącając z jej kosmatej powierzchni coś w rodzaju zawsze obecnych otrębów.
Przed każdym posiłkiem wyjmował z jej wnętrza znaleziony niegdyś w kałuży przy studni kubek blaszany i oglądał go z jednaką zawsze zadumą i skupieniem.
I tym razem wyjął ów kubek, obejrzał go troskliwie i wszechstronnie i z powrotem ułożywszy na dnie torby, wyciągnął w zamian suchar płaski i dowolnie pogięty. Położył go na czapce, jak na pokaz, i przyglądał mu się przez chwilę, rozważając zapewne trafność jego kształtu i stopień pożywności.