Na stogach siana, co, parząc za długo

Zieleń na słońcu, błękitnieje mgliście...

Wśród wierzb, pokłonnych swych gałęzi zwisem

Nurtom ruczajów... I na wzgórzu łysem,

Rudem od szczawiu rdzy i dziennych spiekot...

Na strzech jedwabiu, co, w bociani klekot

Wsłuchane, w gnuśnej grzybieją tęsknocie...

Na zgromadzonem w skrzętny wieniec złocie

Splotów dziewczęcych — i na srebrze starczem

Jakowejś brody wędrownego dziada!...