Lgnęło mi do piersi — ofiarnie pachnące,

Domyślnie bezwstydne i — posłuszniejące...

W ciemnościach — w radościach — na granicy łkania

Mdlało od nadmiaru niedoumierania.

I nic w nim nie było, prócz czaru i grzechu,

Prócz bezwiednej woni — wiednego pośpiechu —

I prócz tego dreszczu, co ginie w krwi szumie, —

A bez niego ciało — ciała nie rozumie.

Po ciemku

Wiedzą ciała, do kogo należą,