I aż do krwi potrząsał szkarłatnym grzebieniem,

I piał w mrok, rozdzierając dziób, trwogą zatruty,

Aż mu zinąd2 prawdziwe odpiały koguty.

A jęczmień, kłos pragnieniem zazłociwszy gęstem,

Nasrożył nagle złością zjątrzone ościory3

I w złotego się jeża przemiażdżył ze chrzęstem,

I biegł, kłując po drodze ziół nikłe zapory,

I skomlał, i na kwiaty boczył się i jeżył,

I nikt nigdy nie zgadnie, co czuł i co przeżył?

A ja — w jakiej swą duszę sparzyłem pokrzywie,