Nabrałem tchu, odchrząknąłem głośno i opowiedziałem kapitanowi wszystkie moje z Diabłem Morskim przygody, nie wyłączając ostatniej, która mnie przeciw woli i wbrew zamiarom wpędziła na pokład okrętu.

— Tak! — dorzuciłem na końcu. — Przysięgam na miłość, jaką czuję dla wuja mego Tarabuka, że Diabeł Morski usidlił mnie w swych sieciach i z pomocą umyślnej obelgi oraz udanej ucieczki — uprowadził mnie z Bagdadu do Balsory, a z Balsory — na pokład waszego okrętu w chwili jego odjazdu.

— Czy masz jakiekolwiek dowody na potwierdzenie prawdy tych słów?— spytał kapitan.

— Mam! — zawołałem radośnie.

— Słuchamy tedy — rzekł kapitan.

— Mam wprawdzie jeden tylko dowód, ale za to niezbity! — zawołałem znowu w uniesieniu.

— Cóż to za dowód? — spytał stary i wytrawny marynarz, ironicznie mrużąc oczy.

Pod wpływem nadmiernych wrażeń, a szczególniej pod przemocą spojrzeń starego i wytrawnego marynarza wszystkie myśli zmąciły mi się w głowie i ani przypuszczałem, iż dowód, który na poparcie mych wyznań przytoczę, narazi mnie na to, na co mnie właśnie naraził. Spojrzałem prosto w oczy kapitanowi i rzekłem:

— Jedynym, ale niezbitym dowodem mej prawdomówności jest ten, że goniąc w ślad za bezczelnym Diabłem nie zdążyłem się nawet pożegnać z wujem Tarabukiem dla tej właśnie przyczyny, iż nie zamierzałem zgoła udać się w jakąkolwiek podróż.

Cała załoga wybuchnęła głośnym śmiechem, któremu wtórował sam kapitan.