— Nie brykaj, kosiu, nie brykaj! — zawołał znowu staruch, czując, że siły mnie opuszczają i że muszę mu ulec.

Uległem.

Przynaglony do biegu uderzeniem potwornej pięty okrutnego starucha, pobiegłem przed siebie ociężałym truchtem, gdyż byłem aż nazbyt zmęczony.

Przez dwa dni i dwie noce biegałem po wyspie bez spoczynku, bez wytchnienia.

Na trzeci dzień zaczęło mnie męczyć nieznośne pragnienie, bo dzień był słoneczny i upalny. Ponieważ na wyspie rosły olbrzymie, puste wewnątrz tykwy, zerwałem jedną z nich, napełniłem ją po brzegi sokiem winogron i wychyliłem do dna.

Wino wkrótce uderzyło mi do głowy i dzięki upojeniu odzyskałem dawną wesołość. Zacząłem śmiać się, skakać i śpiewać rozmaite pieśni.

— Skądże ta wesołość w tobie, kosiu mój smutny? — spytał staruch. Zazdroszczę ci tej wesołości. Nigdy jeszcze w życiu nie śmiałem się i nie śpiewałem. Pragnąłbym nauczyć się śmiechu i śpiewu.

— Nauka to łatwa i niedługa — odpowiedziałem, napełniając znowu tykwę winem. — Wypij jeno do dna zawartość tej tykwy82, a natychmiast pozyskasz zdolność śmiechu i śpiewu.

Staruch chciwie pochwycił podaną mu tykwę i wychylił do dna jej zawartość. Wino natychmiast zaszumiało mu w głowie. Zaczął wykrzykiwać jakieś słowa bez związku i bez treści. Próbował nawet śmiać się i śpiewać, lecz zamiast śmiechu wykrztuszał z gardła wstrętne i ochrypłe rzężenia, a zamiast śpiewu — wydawał dziwne dźwięki, podobne w części do poryków bawolich, a w części do wronich krakań. Wreszcie stracił przytomność i spadł z mego karku na ziemię — pijany i bezwładny. Pozbywszy się nagle potwornego brzemienia, uczułem ulgę radosną. Odskoczyłem w bok od leżącego na ziemi starca i wesoło pobiegłem w głąb lasu. Dzięki winu, którym udało mi się upoić potwornego starucha, uszedłem czyhającej na mnie śmierci.

Szybko biegłem po lesie, aby co prędzej oddalić się od wstrętnego starucha.