— A to co? — zawołał stary i wytrawny marynarz, dotykając listu palcem wskazującym. — List Diabła Morskiego na naszym okręcie?
Wuj Tarabuk dumnie spojrzał na marynarza.
— Nie przeszkadzaj mi czytać, stary marynarzu — rzekł głosem uroczystym.
Zmierzch wieczorny przesłaniał oblicze wuja tak, że marynarz w pierwszej chwili nie zauważył jego dziwacznych pozorów. Chcąc jednak dokładniej przyjrzeć się nieszczęsnemu właścicielowi diabelskiego listu, wyjął z kieszeni latarkę, zapalił ją i, uniósłszy wzwyż, rzucił snop światła na twarz wuja Tarabuka.
Rozwidniona latarką twarz ukazała swą czarnym drukiem szczelnie pokrytą powierzchnię. Widok ten wywarł na starym marynarzu tak silne wrażenie, że znieruchomiał, osłupiał z latarnią w dłoni. Usta rozwarł na oścież, oczy wywrócił we łbie i przez chwilę trwał bez ruchu. Zapewne głos zamarł mu w piersi, bo nie uronił ani jednego słowa. Struchlałem, patrząc na tę scenę.
Chińczyk, który nie rozumiał grożącego nam niebezpieczeństwa, szepnął mi do ucha:
— Spójrz Sindbadzie, jak uroczyście i cudownie wygląda nasz poeta w świetle latarni!
— Orangutan! — krzyknął nagle stary marynarz głosem zdławionym.
Ten okrzyk wielce obraził mego wuja.
— Jak śmiesz, zwykły śmiertelniku, nazywać mnie orangutanem! — zawołał, z góry spoglądając na marynarza. — Jestem poetą!