— Hindbad? — zawołałem ze śmiechem, wzgardliwie wzruszając ramionami. — Przecież jest to moje własne imię, zepsute, przekręcone i skoślawione przez króla Miraża.
— Więc cóż z tego? — rzekł sobowtór. — Wolę nosić imię, które sam król raczył przekręcić i skoślawić, niż to, które ty nosisz — nieznany cudzoziemcze.
— Nieznany? — zawołałem z gniewem. — Mylisz się, nazywając mnie nieznanym. Nie wiesz chyba o tym, że jutro będę królem, władcą połowy potężnego królestwa!
— Nie ty, lecz ja będę jutro królem i władcą połowy potężnego królestwa — odpowiedział spokojnie Hindbad.
Zaśmiałem się i rzekłem drwiąco:
— Do widzenia, mój drogi Hindbadzie! Spieszno mi w drogę powrotną, gdyż nie mogę się spóźnić na mój ślub z piękną Piruzą, córką króla Miraża. Nie mam czasu na pogadanki z tobą.
Odwróciłem się i poszedłem w kierunku brzegu — do miejsca, gdzie łódź zostawiłem.
Hindbad poszedł w ślad za mną.
Ujrzawszy łódź z dala, przynagliłem kroku i wskoczyłem do łodzi. Hindbad wskoczył w ślad za mną.
Obecność jego w łodzi napełniła mnie niepokojem. Czułem wstręt niepokonany do tego tworu, który powstał na czarnoksięskie skinienie niewidzialnego Degiala. Ogarnęły mnie złe przeczucia.