— A więc idę za tobą! — zawołała Najdroższa, ziewając radośnie i zeskakując z otomany.
Wybiegliśmy szybko z oświetlonej różowo komnaty i, przebywszy z powrotem korytarz, przedostaliśmy się do gniazda, w którym pisklęta wciąż jeszcze pożerały sarnę. Z gniazda wysunęliśmy się na zewnątrz i po olbrzymich sękach i gałęziach dębu zeszliśmy na ziemię.
— Czy na prawo, Sindbadzie, do lasów, czy na lewo — na pustynię?
— Na prawo, Najdroższa, do lasów, bo nienawidzę pustyni!
W godzinę potem byliśmy już w gęstwinie leśnej.
— Jestem znudzona i zgłodniała — rzekła Najdroższa, siadając na murawie leśnej.
Wyjąłem z kieszeni garść diamentów i podałem królewnie. Ziewnęła łapczywie i zabrała się do połykania.
— Dokąd mnie prowadzisz? — spytała po chwili.
— Do Bagdadu — odrzekłem.
— Czy masz tam pałac?