Mówiąc to, zapaliła latarkę-plotkarkę i przy jej świetle przespaliśmy resztę nocy. Nad ranem zgiełk i krzyk powstał na okręcie.
Zgiełk czyniła załoga, krzyk zaś pochodził bezpośrednio od perskiego kupca. Ten ostatni ze sztyletem w dłoni szukał nas po wszystkich kątach i zakątach, lecz dzięki latarce-plotkarce — szukał nas zawsze tam, gdzie nas nie było.
— Dość mam ciebie i twego Bagdadu! — rzekła mi nagle Najdroższa. — Nie wierzę ani w ciebie, ani w twój Bagdad. Z pewnością i tobie, i twemu Bagdadowi zbraknie diamentów, aby wyżywić moją osobę. Chcę wrócić do mojej dziupli, do mej otomany, do moich lamp różowych i do mego dzikiego, olbrzymiego skrzydlaka, który mi tak pilnie dostarcza świeżych diamentów!
— Co mówisz, Najdroższa? — zawołałem zrozpaczony.
— Mówię, co mówię! Myślę, co myślę! Postanawiam, co postanawiam — odparła Najdroższa, ziewając niecierpliwie. — Znudziło mnie wszystko i ty — i kapitan — i nieustanna kradzież brylantów — i okręt — i ten twój Bagdad, którego jeszcze nie widziałam.
W tej chwili właśnie ujrzałem nad naszym okrętem olbrzymiego Roka.
Ważył się w powietrzu, rzucając skrzydłami cień na całe morze.
— Skrzydlaku mój, cudowny, dziki, nieokrzesany skrzydlaku! — zawołała królewna. — Zbliż się do mnie, podaj mi grzbiet, abym cię mogła dosiąść! Unieś mnie z powrotem do swojej dziupli!
— Słyszę twój głos, lecz nie widzę ciebie! — odpowiedział Rok. — A raczej widzę cię na tamtym brzegu morza, skąd głos twój nie mógłby chyba do mnie dolecieć!
— Jestem tu — na pokładzie okrętu! Ścigają mnie za kradzież brylantów. Zbliż się do pokładu i podaj mi grzbiet.