Rycerz niezwłocznie otworzył oczy, przetarł je i szepnął:
— Czy mnie kto wołał?
— Nie tyle wołałem, ile wykonałem poradę, zawartą w twym napisie — odrzekłem, przyglądając mu się uważnie.
— Owom tedy46 jest — mówił dalej rycerz. — Czuję, jak życie na nowo wypełnia moją istotę i krew poczyna krążyć w mych żyłach.
— Przyjemne to zapewne uczucia i nie każdemu dostępne — przerwałem, przyglądając mu się coraz uważniej. — Powiedz mi jednak, kim właściwie jesteś, i za co wystawiono ci taki spiżowy pomnik na wierzchole tej Góry?
— Kim jestem? — powtórzył rycerz. — I trudno, i łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Jestem człowiekiem, który byłby zupełnym zerem, gdyby go nie obdarzono pomnikiem. Dla tej właśnie, a nie innej przyczyny zbudowano mi pomnik. Uwieczniony w spiżu stoję tu — na wierzchole Góry, ponieważ stać mnie na to, abym stał. Jestem jednym z tych, którzy są do wszystkich podobni, i wyróżniam się jedynie pomnikiem. Za życia słynąłem z pomnikowej głupoty, słuszna wtedy, iż po śmierci mam — pomnik. Kochałem życie w jego przejawach codziennych i nienawidziłem go w jego wzlotach ku wyżynom. Słuszna wtedy, iż po śmierci postawiono mnie na wyżynie, aby mi wynagrodzić nieustanne za życia przebywanie na nizinach. Zbudowałem świątynię bożkowi codzienności i ściągałem do niej wiernych, obiecując im dnie powszednie i noce bez widzeń sennych. Po śmierci ściągam do siebie też wszystko, cokolwiek dzięki Górze Magnetycznej ściągać mogę, a więc — widelce, noże, dukaty, gwoździe, guziki — nie gardzę niczym, bo mnie raduje sama możność ściągania czegokolwiek. W tym tkwi prawdziwe życie, mieści ono w sobie widelec obok dukata, kocioł obok guzika, słowem wszystko, co jest rzeczywistością. Z bliska owa rzeczywistość wygląda jak śmietnik, lecz z daleka za to nabiera zgrozy i wygląda, jak zatopiony okręt pełen tysiąca cierpień ludzkich. Czyż zatem niewart jestem pomnika? Pozwól mi jednak zejść z mego piedestału, bo już od dawna stopami nie dotykałem ziemi. Stęskniłem się do niej. Chętnie porozmawiam z tobą — o ile zechcesz od czasu do czasu — czy to na stronie, czy też od niechcenia — wymawiać słowo: Geniusz.
— Osioł! — zawołałem dość gwałtownie.
Twarz rycerza zbladła. Spojrzał na mnie wylękłym wzrokiem i zamienił się znowu w spiż. Siedział po dawnemu na spiżowym koniu, dumnie wznosząc czoło i dumnie krzyżując na piersi obydwie dłonie. Pośpiesznie zszedłem z wierzchoła Góry ku jej podnóżu.
Góra znajdowała się na środku niewielkiej wyspy, pokrytej jeno pokrzywą. Zbliżyłem się do brzegu, aby zobaczyć, czy na morzu nie widać jakiegoś czółna lub barki, lecz wokół była pustka.
Nagle ujrzałem nad sobą — w powietrzu — przelatującego potwora. Zgadłem, że był to czarownik, tym bardziej, że w objęciach unosił jakąś cudowną królewnę, która do piersi tuliła białego kota. Gdy właśnie nad moją głową przelatywali, królewna nieznacznie i niepostrzeżenie rzuciła mi wprost do rąk liścik w różowej kopercie.