— O, tak — pozbyłam się tej postaci tylko na zewnątrz, ale wewnątrz, w duszy, w piersi pozostało straszne, niepokonane purpurowe zarzewie! Spala mnie ono szybko, pośpiesznie — spala na popiół, na proch znikomy!

— Powiedz, czym mogę zagasić, czym stłumić to zarzewie okrutne?

— Niczym go nie stłumisz, niczym nie zagasisz! Spójrz na mnie uważnie: choć nie widzisz trawiącego mnie płomienia, możesz jednak postrzec wszelkie widome oznaki spalania się i spopielania.

Teraz dopiero — pod wpływem tych słów — spostrzegłem nagle, że ciało Serminy powoli czernieje, jakby się zamieniało w węgiel. Warkocze jej, olbrzymie, złote warkocze skręcały się kurczowo, jak w ogniu, chociaż ognia nie było widać. Z wolna cała przeobraziła się w węgiel, który wkrótce w popiół się rozsypał. Stało się to tak szybko, że nawet nie zdążyłem raz jeden uścisnąć jej przed zgonem, raz jeden pożegnać na zawsze, raz jeden choćby imienia jej wyszeptać. W podziemiach zapanowała cisza i pustka. Zebrałem popiół Serminy do urny marmurowej i płacząc wyszedłem z podziemi. Zaledwie stanąłem na powierzchni, w pobliżu drzwi żelaznych, gdy posłyszałem nagły grzmot i jednocześnie ujrzałem, że drzwi żelazne zapadły się gdzieś głęboko i znikły bez śladu, tylko kot biały wyskoczył zowąd i, pędząc na oślep przed siebie, zniknął na widnokręgu.

Z urną49 napełnioną popiołem błąkałem się długo po nieznanym lądzie, gdzie nie mogłem znaleźć ani pożywienia, ani ludzi, ani nawet zwierząt. Rozpacz moja nie miała granic! Nikogo tak nie kochałem, jak Serminę! Nikt mi nie był tak drogi, nikt nie napełniał mej duszy takim szczęściem! I oto — w jednej chwili — znikła na zawsze, spaliła się, rozwiała się w nicość. Cóż mi zostało? Urna, napełniona popiołem.

Na trzeci dzień mej tułaczki po lądzie dotarłem do brzegu i ujrzałem z dala okręt. Zacząłem wołać z całych sił, aby mnie posłyszano. Głos mój doleciał do uszu załogi, gdyż po chwili stwierdziłem, że okręt skierował swój bieg ku wybrzeżu. W pół godziny potem okręt zbliżył się do wybrzeża. Na zapytanie moje, dokąd płynie, kapitan odpowiedział, iż płynie do Balsory.

— Jest to właśnie miasto, do którego chcę powrócić! — zawołałem radośnie. — Mieszkam bowiem w Bagdadzie. Chyba mi nie odmówicie miejsca na okręcie.

— Chętnie cię weźmiemy na pokład — odrzekł kapitan. — Czy masz jakie pakunki?

— Nie mam nic, prócz tej urny napełnionej popiołem. Jestem zmęczony i zgłodniały. Podczas podróży opowiem wam moje przygody. Tymczasem dajcie mi jakikolwiek posiłek.

Wprowadzono mnie do sali jadalnej i dano posiłek. Okręt, kołysząc się na falach, płynął w stronę Balsory, a kapitan i załoga cała wyczekiwali z ciekawością mego opowiadania. Posiliwszy się, opowiedziałem wszystko, co mi się zdarzyło.