— Czy masz przy sobie wiersz, który niegdyś napisałem na cześć niezapomnianej Piruzy?

— Mam.

— Otóż — jeśli w drodze spotkasz jakąkolwiek królewnę, byle dość płomienną, wręcz jej ten utwór z zapewnieniem, że dla niej go zrymowałem. Czy obiecujesz?

— Obiecuję.

— Solennie?

— Solennie.

— W takim razie — wesołej podróży.

Wuj Tarabuk uściskał mnie nie bez wzruszenia i natychmiast powrócił do swojej czynności, polegającej na sprawdzaniu pamięciowej zawartości tysiąca dziewcząt. Wybiegłem z pałacu i po chwili byłem już na wybrzeżu. Młodzieniec czekał na mnie, trzymając za uzdę dwa czarne rumaki.

— Jakim sposobem w tak krótkim czasie zaopatrzyłeś się w dwa tak czarne rumaki? — spytałem zdziwiony.

— Jestem pilnym i starannym towarzyszem podróży! — odrzekł wesoło młodzieniec, koślawiąc uśmiechem swój rozumny pysk. — Są to moje własne konie z mojej własnej stajni, która się znajduje tam, gdzie stoi mój własny dom.