Sen

Śniło mi się, że konasz samotnie,

Mnie nie było, ale jestem już!...

Biegłem do cię powrotnie, powrotnie

Poprzez gęstwę błyskawic i burz.

Leżysz — męką szpecona bezkarną

I zanikiem wychudzonych lic.

Dłonie twoje do próżni się garną...

Patrzysz na mnie i nie mówisz nic.

Więc porwałem cię w ramion spowicie1