Już niezgrabny od nędzy, zły i niedorzeczny,

Chce coś mówić, lecz wstyd go przeraża odwieczny —

Ten wstyd, co w swój niebieski wpatrzony rodowód,

Pielęgnując cierpienie, boczy się na powód.

Wstydu jego przede mną zawczasu się wstydzę —

Więc udaję, że w tłumie już go niedowidzę.

A chcę mu coś powiedzieć — coś na wieczność całą —

Rozpłakać się... rozśmieszyć to zgłodniałe ciało —

Nakarmić i przyodziać nadmiernie, odświętnie. —

Ale on mnie już minął i znikł obojętnie.