Dbając, by w własnej twarzy było mu do twarzy,

Z uśmiechem, który pilnie przygotował w domu,

Twierdzi, że... nie odbiera nadziei nikomu.

Po smugach od latarni i po srebrnym błocie,

Ślubując śpiewną grdykę społecznej zgryzocie,

Poeta na arytmię dwojga skrzydeł chory,

Kroczy w poszukiwaniu znikłej metafory.

Słowo się nie spokrewnia z pozasłownym trwaniem, —

Porównanie się stało tylko — porównaniem.

Skąpiąc niebu pośmiertnej w głębi jezior maski,