Twarz jej zmalała od męki i wklęsła, a znikliwie bielejąc na poduszce, uwypuklała się jeno chwilami, jak owe desenie sekretne, w ten sposób naszkicowane, że od jednej strony jawią się z wolna, a od drugiej giną z oczu pośpiesznie.
Śmierć ją tak dla siebie szkicowała, chcąc, widać, dokładnie nauczyć się kształtu tej twarzy, zanim ją na własność bezpożyteczną posiędzie14.
Wójt spojrzał w tę twarz i zdjął jednocześnie czapkę, niby ślepiec, na niewidziane o coś prośbujący.
Wójtowa przyparła się plecami do najbliższej ściany i rzęsy oszronione palcami osmyknęła.
Wiedźma leżała bez ruchu. Może nie zauważyła wchodzących, a może sił jej zabrakło, aby uwagę jakąkolwiek okazać.
Jędrzejowa pośpiesznie zbliżyła się do niej.
— Przyszło? — spytała porozumiewawczo, chustę w obręb pod brodą ściślej zakładając.
Wiedźma w odpowiedzi palce skurczone rozpostarła, korzystając zapewne z byle jakich odruchów, których wysiłek rozmijał się z celem zamierzonym, a których niestosowność przykuwała uwagę obecnych.
— Przyszło — wyszeptała wreszcie, poruszając wargami częściej niźli słowa tego wymagały.
Oczy jej, niby obcęgami podważane, zakrzątnęły się w orbitach i, z kilkakrotnym przestankiem zdążając ku Jędrzejowej, zastygły na osiągniętym z trudem czatowisku.