— Co było dalej, pytasz? Ano poszliśmy całą kupą, wszyscy dorośli tkacze... z żelaznymi drągami... poszliśmy na fabrykę!

Stary zachichotał.

— Kruche są te nowomodne maszyny. Kruche i delikatne. Łatwo się rozlatywały w drobne kawałki. Mieliśmy swoją krzepę w łapach, londyńscy tkacze! Tylko że to nic nam nie pomogło. Ilu zostało zabitych w walce... ilu poginęło w więzieniach... tego nie policzysz, smyku. Sprowadzono nowe maszyny, jeszcze lepsze, jeszcze szybsze... przyjęto do pracy takich jak ty bachorów, a starzy tkacze rozeszli się po świecie szukać kawałka chleba. Ja tu zawędrowałem. Zgubiłem po drodze żonę, syna... słabsi byli ode mnie, nie wytrzymali. A teraz grzebię się w roczdelskich śmietnikach. Ech!

Bob pomyślał sobie, że jednak Henry ma swoje powody do przeklinania i złoszczenia się. Tyle nieszczęść go spotkało... Nawet Smith spoważniał, nie uśmiecha się. Mówi głosem poważnym, bez drwin.

— To wszystko, coście powiedzieli, Henry, to nic nowego. Wiem o tym i pamiętam te czasy. Nie tylko w Londynie przecież... w całej Anglii tkacze ruszyli się i poszli z drągami na maszyny. I, wiecie, po mojemu to było wielkie głupstwo. Ludzie w rozpaczy nie wiedzieli, co robią. Cóż tu maszyny zawiniły? Nie gniewajcie się, Henry, ale maszyna to dobra rzecz — oszczędza ludzką pracę. A że ludzie jej głupio używają, to już, darujcie, wina ludzi. Ja jestem kowal, ale nie mam pretensji do tego spryciarza, który wymyślił miech i kowadło. Pewnie gdyby teraz ktoś wymyślił taką maszynę, która by sama konie podkuwała, to straciłbym kawałek chleba, ale maszyna byłaby dobra. Świat, uważacie, idzie naprzód. Mądre łby myślą, jakby tu zrobić coś takiego, żeby się ludziska tak nie męczyli, no i wymyślają różne rzeczy. Tylko że to wszystko potem dostaje się do rąk ludzi złych i głupich, więc tak wychodzi, że bieda jeszcze się powiększa. Ale to są ludzie winni, a nie maszyny.

Henry chciał coś ostro odpowiedzieć, nawet już usta otworzył, ale w tej chwili w izbie rozległy się ciężkie kroki, zieloną zasłonę odgarnął ktoś energicznie i u wejścia do alkowy stanął John z kilkoma jeszcze mężczyznami. Mrugnął okiem do Boba.

— Dobry wieczór. Mówiła mi matka, żeś ty, Bob, jeszcze kolacji nie jadł. Więc uciekaj stąd, zjedz i idź spać, bo już późno. Jutro przed świtem cię obudzę, mam z tobą o czymś do pogadania. My tu sobie jeszcze trochę u was posiedzimy, Henry. Pozwolicie? Chcemy się naradzić w tamtej sprawie... Siedźcie i wy, Smith. Mądra głowa zawsze się przyda. Tylko nie kpijcie sobie z nas. To naprawdę poważna sprawa!

Rozdział III

Jedną wadę ma to mieszkanie u Windersów: do fabryki jest stąd dość daleko. Przynajmniej dwadzieścia minut szybkiego marszu. Ale Bob nie narzeka. Dziś jest mu to nawet na rękę. Tyle spraw ma jeszcze do przemyślenia! Musi się dobrze zastanowić na tym wszystkim, o czym mu dziś od samego świtu opowiadał John Winders.

O! To są nie byle jakie sprawy!!