— Słuchaj no, smyku! Nie mógłbyś mi umyć pleców? Sam jakoś nie mogę dosięgnąć, a Sylwia obraziła się na mnie, więc wlazła w kąt i nie chce ze mną gadać.

Bob zbliżył się do niego i dużym kawałkiem mydła zaczął mu szorować plecy. Zadawał przy tym pytania ostrożnie i jakby od niechcenia.

— Pan pracuje w fabryce, prawda?

— Aha!

— Czy pan... czy pan jest synem pani Winders?

— Tak. Nazywam się John Winders, a ta mała, tam w kącie, to moja siostra Sylwia. Obraża się, jak jej powiedzieć, że jest piegowata, a to przecież święta prawda. Ma cztery piegi na nosie. Możesz tam do niej podejść i sam przeliczyć.

W ciemnym kącie Sylwia poruszyła się gwałtownie i zamamrotała coś z wściekłością.

— Ooo! Widzisz, jaka rozkoszna? Lepiej nie podchodź, bo cię podrapie! — John roześmiał się na cały głos. — Ty chcesz u nas mieszkać? Słyszałem, jak pytałeś o to moją matkę. Z nią nie ma teraz co gadać. Kuchnia się zepsuła i dymi, więc matka jest nie w humorze.

Roześmiał się jeszcze głośniej i weselej niż przedtem.

— Trzeba ci wiedzieć, że kobiety z naszej rodziny nie mają anielskich charakterów. Teraz wytrzyj mi plecy, dobrze?