— Co ty robisz, Anielciu?
— Składam książki. Czy mogę pójść do mamy? — spytała zamknąwszy stolik.
— Idźmy! — rzekła panna Walentyna, podnosząc się z fotela.
Rozdział trzeci. W którym jest mowa o medycynie, o celach życia ludzkiego i wielu innych rzeczach
Minąwszy dwa pokoje: perłowy, mający pozór szpitalnej celi i jasnoniebieski, który mógł być niegdyś sypialnią młodego małżeństwa, lecz obecnie został czymś niezdecydowanym, Anielka i wesoły towarzysz jej Karuś wbiegli do szklanej altany, ze wszech stron gęsto porosłej dzikim winem.
W altanie tej na wysokim stołku siedział z lalką w ręku mizerny chłopczyk w bernardyńskim habicie, a przy nim, obok stolika zapełnionego flaszkami i szklankami, dama w średnim wieku, z uwagą czytająca książkę. Dama ubrana była biało, miała szafirowe oczy wyblakłe, włosy ciemne i na twarzy szczupłej, o pięknych rysach, chorobliwe rumieńce. Zdawała się być wklinowana w ogromny fotel, wyłożony miękkimi poduszkami ciemnozielonego koloru.
Do tej damy przypadła Anielka i poczęła całować jej twarz, szyję, chude i przezroczyste ręce i kolana.
— Ah! comme tu m’as effrayé, Angélique!14 — zawołała dama, składając książkę i całując dziewczynkę w różowe usta. — Już, dzięki Bogu, skończyłaś lekcję?... Zdaje mi się, żeś trochę zmizerniała od obiadu. N’es tu pas malade?15 Ten pies wywróci stolik albo Józia. Joseph, mon enfant, est-ce que le chien t’a effrayé?16
— Non!17 — odparł malec w habicie bernardyńskim, patrząc osowiałym wzrokiem na siostrę.
— Jak się masz, Józiu?... Dajże mi buzi! — zawołała Anielka, chwytając braciszka za szyję.