Kiedy ocknęła się, uczuła, że wózek stoi, a ją samą podnosi ktoś i okrywa pocałunkami mówiąc:
— Dzieci są, dzieci!... Moje wszystkie poumierały, ale dobrze choć na jaśnie panią popatrzeć...
Potem jakaś kobieta (była to karbowa) z twarzą pożółkłą i zmarszczoną, w czerwonej chustce na głowie, wzięła ją na ręce i zaniosła do izby, w której panował wielki zaduch.
Położyła ją na szerokim tapczanie, gdzie było twardo i dużo pcheł, i much.
Anielka otworzyła oczy.
Znajdowała się w izbie obszernej, do której dwa niewielkie, czteroszybne okienka puszczały trochę światła. Z sufitu i ścian już poodpadało wapno; szczęściem, gruba warstwa kurzu robiła to mniej widocznym. Podłogi nie było, tylko klepisko z gliny, jak w stodole.
Ściany dokoła zawieszono obrazami świętych, których rysów trudno było poznać. Pod sufitem ciągnął się długi drąg, a na nim sukmany, kożuchy, buty i bielizna ze zgrzebnego płótna.
Resztę miejsca w izbie zajmował stół bardzo prostej roboty, ławy, skrzynia na kółkach, a wreszcie półka z garnkami i miskami.
Na kominie palił się ogień, drzwi do sieni były otwarte. Naprzeciw widać było inne drzwi i izbę większą i widniejszą od tej, w której leżała Anielka.
Stamtąd dolatywał ją głos matki.