— Wrócę tu za parę dni, to i doktor znajdzie się — przerwała ciotka. — Dziś nic nie poradzę, bo sama grosza nie mam.
Nagła wizyta ciotki i całe postępowanie jej wydało się obojgu karbowym dosyć dziwne. Ani domyślali się jednak, że oczekują ich jeszcze większe niespodzianki.
Rozdział piętnasty. Początki choroby
Anielka, ocknąwszy się, poczęła myśleć.
Więc to już zima?!
Chłodne powietrze mrozi płuca. Dokoła leży gruba warstwa śniegu. Tonie się w nim jak w puchu, do kostek, do kolan, do pasa, do ramion... Już nie widać nic, tylko do nóg, do piersi sunie się przejmujące zimno, powoli, szeroko...
Jakim sposobem wpadła w śnieg?
Nie, ona przecie nie leży w śniegu, tylko w swoim pokoju na łóżku. Jak tu dobrze! Jest wprawdzie zimno, ale — to na dworze zimno. Jej przecie gorąco. Dotyka ręką czoła... Jak pali... Ale co?... czoło czy ręka?
Podczas zimowego poranka doskonale jest leżeć w ciepłej pościeli i przysłuchiwać się skrzypiącemu na dworze śniegowi. Która też godzina?... Anielce nie chce się wstać. Na wspomnienie chłodnej jak lód podłogi przebiega ją dreszcz od stóp do głów, a potem wdziera się do głębi i przeszywa na wskroś. Nie ma w niej ani jednej fibry, która by nie drżała.
Może ją zaraz zbudzą? Która to może być godzina?... Czy ma wysunąć głowę spod kołdry i spojrzeć, czy też czekać, aż zegar sam wybije?... Musi być jeszcze rano...