— Ale nie wyśniło się pani, że to miejsce kto inny zabierze? — spytała z ironicznym uśmiechem nauczycielka.
— Zaraz dokończę!... Więc, jak powiedziałam panu Saturninowi, że lada dzień wyjadę na probostwo, bom miała sen, tak on (taki sam trochę niedowiarek jak pani) mówi do mnie na śmiech: „Sen może czasem zwieść, niech pani zatem poradzi się jeszcze kabały”. A ja mu na to: „Niech pan żartuje, ale ja swoją drogą poradzę się kabały...” No i prosiłam jedną staruszkę o kabałę; ona stawiała do trzech razy i mówię pani, zawsze wypadało: pomyślna wiadomość od blondyna i — żeby się strzec brunetki!
— Któż jest ten blondyn?
— Jużci, że poczciwy dziekan, biały jak mleko...
— A brunetka? — spytała panna Walentyna, wciąż śmiejąc się.
— Naturalnie, że ta niegodziwa klucznica od was! — odparła ciotka.
— Ona?... brunetka?... ona jest prędzej kasztanowata!
Ciotka pokiwała głową.
— Oj! oj! jakeście się państwo dobrali z panem Saturninem, to tak, jakby z jednego łokcia wykrajani — rzekła.
— Jakże on miewa się? — spytała nauczycielka, rumieniąc się w sposób jej tylko właściwy.