Od kilku dni nużyło ją czytanie i ciężyły obowiązki. Wolała karmić ptaki lub bez celu błądzić oczyma po ogrodzie aniżeli wypowiadać Anielce nauki z zakresu obyczajności i filozofii. Niemałą też podnietę stanowiła kwestia: co z nią będzie za parę tygodni? przeczuwała bowiem, że interesy majątkowe dziedzica znajdują się w przededniu katastrofy. Chciała gdzieś wyjechać, uciec przed czymś czy też zbliżyć się do czegoś. W każdym razie doświadczyć rzeczy niezwykłych.

W mikroskopijnym chaosie wyblakłych marzeń i ślamazarnych popędów skromny, powiatowy urzędnik, pan Saturnin, stał się punktem środkowym. Panna Walentyna była mu wdzięczna za to, że o niej pamiętał, żałowała go — bo podobno cierpiał, poważała za wierność i gotowa była posunąć się do pokochania go — za to, że był mężczyzną, naturalnie — takim, który lubił czytać. Sądziła, że dla człowieka, co przeszedł tyle prób w miłości (jakich?... nie mogła sobie przypomnieć), kobieta może być skłonna do ustępstw i poświęceń.

Gotując się do przyszłych ofiar, poczęła częściej spoglądać w lustro i ozdobiła szyję czarną aksamitką. Przyzwyczajała się też do lekkości, tak słodkiej dla mężczyzny i śpiewała, a nawet, idąc ścieżyną ogrodową, próbowała biegać za motylkiem i trzepotać rączkami nad kwiatkiem, rozumie się wówczas, gdy nikt na nią nie patrzył.

Z natury wcale88 odważna, usiłowała lękać się — przede wszystkim szkaradnego uwodziciela pana Jana. Pragnęła otoczyć serce swoje moralną palisadą, a nawet w armaty uzbroić, zostawiając między fortyfikacyjnymi przyborami jedne tylko drzwiczki, przez które miał wejść — czuły, wierny i lubiący książki Saturnin.

Niekiedy marzyła, że wsparta na rękawie jego czarnego tużurka i wpatrzona w jego rzadkie faworyty, spotyka na ulicy pana Jana i — odskakuje od niego jak od jadowitej gadziny.

Po takim objawie wstrętu uczciwej kobiety na widok rozpustnika nastąpiłby tkliwy, jeżeli nie wstrząsający opis walk, jakie z nim staczać musiała, chwil osłabień i triumfu — resztkami sił zdobytego. Marząc tak, pragnęła walczyć, słabnąć i triumfować. Na nieszczęście pan Jan więcej zajmował się obiadem, spaniem i cygarami (nie mówiąc już o majątkowych kłopotach) aniżeli dostarczaniem powodu do walk, słabnięć i triumfów dla kapłanki oświaty.

Pod wpływem tych marzeń panna Walentyna dokazywała dziwnych rzeczy. Czasami nie przychodziła na obiad. Innego dnia, przy kolacji, uparcie kryła wdzięki swoje za dużym, mosiężnym samowarem. Niekiedy przez całą noc paliła w swym pokoju światło albo poważnie zastanawiała się nad tym, czy nie należy wołać o pomoc... Wszystko robiła w dobrej wierze, sądząc, że chłód i milczenie dziedzica pokrywają jakieś niecne względem niej zamiary, i usiłując za pomocą swej anemicznej wyobraźni przewidzieć możliwe skutki napaści.

W napaść wierzyła tak silnie, jak ubogi szewc wierzy w główną wygraną sfantowawszy się na kupno loteryjnego biletu.

— Bo i dlaczegóż nie miało być napaści? — pytała.

Pan Jan tymczasem, zrozumiawszy, że majątek wyślizguje mu się z ręki, postanowił bądź co bądź zatrzymać pannę Walentynę przy Anielce. Trzeba tylko wytłumaczyć jej, że pensję za upłyniony89 kwartał odbierze, że na przyszłość odbierać ją będzie regularnie, i prosić, aby bez względu na wszelkie zmiany położenia a nawet chwilowe przykrości, nie opuszczała Anielki.