— Czy u was mieszka ten, co zapala latarnie po ulicach?
— U nas.
— A gdzie?
— W tamtej komórce.
Komórka była zamknięta. Spojrzałem przez okna, alem tylko zobaczył tapczan przy ścianie, a obok niego na wysokim kiju latarkę. Latarnika nie było.
— Powiedz mi przynajmniej, jak on wygląda?
— Kto go tam wie! — odparł stróż, wzruszając ramionami. — Sam go nawet dobrze nie znam — dodał — bo po dniu nigdy w izbie nie siedzi.
W pół roku przyszedłem drugi raz.
— A dziś nie ma w domu latarnika?
— Oho! — rzekł stróż — nie ma i nie będzie. Wczoraj go pochowali. Umarł.