— Jakże, więc mamy cię opuścić?...
— Musicie... a ty przede wszystkim...
— Ach, co mówisz? — zawołała całując go po rękach.
— Dosyć... proszę cię... Nie dręcz mnie łzami, bo... wyskoczę oknem na ulicę. Powiedziałem ci, czego żądam i do czego możecie mnie popchnąć waszym sentymentalizmem...
A teraz, jeżeli chcesz, odwieź mnie do hotelu.
Mówił to z obłąkanymi oczyma, zadyszany, wściekły. Madzia zrozumiała, że opierać się nie może. Otarła łzy, ubrała się tłumiąc łkanie, pomogła bratu włożyć palto i odwiozła go do hotelu.
Zdzisław przez całą drogę był rozdrażniony. Gdy znaleźli się w numerze, zaczął oglądać swój język w lustrze, rachować puls, następnie wydobył z walizki termometr i włożył go pod pachę.
— Nie mogę uwierzyć, ażebyś naprawdę był ciężko chory — odezwała się Madzia. — Skąd ci to przyszło?...
— Zaziębiłem się... miałem zapalenie płuc... zaniedbałem i — dziś jest pasztet.
— Myśleliśmy, żeś zupełnie wyleczony.