— Precz!... — krzyknęła pani Latter wskazując jej ręką drzwi.
— Co?...
— Precz!... — powtórzyła chwytając brązowy lichtarz.
Twarz panny Klary zrobiła się popielatą.
— Wyprowadzam się — syknęła — i nie pierwej wrócę, aż ciebie tu nie będzie...
Trzasnęła drzwiami, a pani Latter upadła na podłogę i zanosząc się od płaczu szarpała dywan.
Wbiegł Stanisław, za nim gospodyni, jedna z nauczycielek, nareszcie Madzia. Podniesiono panią Latter i otrzeźwiono. Powoli uspokoiła się i kazała wszystkim odejść, z wyjątkiem Madzi.
— Zaczekaj tu — rzekła po chwili.
Wyszła do swej sypialni i w kilka minut wróciła tak spokojna, że Madzia krzyknęła ze zdziwienia. Ani śladu strasznego ataku, tylko zmięta suknia i zamglone oczy przypominały, że jest to ta sama pani Latter, która kwadrans temu tarzała się z bólu na podłodze.
„Jezus Maria! jakaż to silna kobieta!...” — pomyślała Madzia.