— A to dlaczego? — odezwał się major. — Wcale ładny był koncert...
Madzia skierowała się w stronę domu myśląc:
„Co to znaczy?... Czyliżby o Femcię już oświadczył się Cynadrowski?... Tak przecież z niego żartowała...”.
W saloniku, dokąd weszła Madzia, stał Miętlewicz blady, z pliką papierów. Zwykle sterczące wąsiki ułożyły mu się poziomo; za to włosy miał bardziej najeżone.
— Pewnie omylił się pan w rachunkach! — zawołała Madzia.
— Nie, pani... Ja tylko mamie powiedziałem, że przyszedłem z rachunkami, ale...
Głos mu się załamał, na twarzy wystąpiły rumieńce.
— Panno Magdaleno — rzekł ciszej, ale stanowczo — czy to prawda, że pani wychodzi za Krukowskiego?...
— Ja!... — wykrzyknęła Madzia rumieniąc się bez porównania silniej aniżeli jej interlokutor. — Kto panu to powiedział?...
— Cynadrowski — odparł desperackim tonem młody człowiek. — Zresztą wszyscy zauważyli na koncercie, że pan Krukowski zaniedbywał pannę Eufemię, a ciągle zwracał się do pani.