— Boże, cóż się to dzieje!... Ależ Cynadrowski...
— Przelotna sełabostka — odparła matka.
— Ja mu przysię... ja mu przyrzekłam...
— Zapewne w chwili szlachetnego uniesienia, oszołomiona jego bełaganiami i rozpaczą...
— Zamieniliśmy pierścionki... zresztą — on ma moje listy...
— Aj, do diabła!... — mruknął podsędek.
— Moja Eufemio — mówiła podsędkowa. — Pan Kerukowski jest szlachetnie urodzony, pięknie wychowany, a mimo to — nieszczęśliwy i osamotniony. Takiemu człowiekowi podać rękę, welać mu otuchę, przywrócić wiarę w siebie — to, moim zedaniem, cel godny kobiety wyższej... Ale pan Cenaderowski, któremu wystarczyć by mogła tewoja pokojówka...
Podsędkowa wyniośle wzruszyła ramionami; panna Eufemia płakała.
Rozpoczęta w tej kwestii konferencja ciągnęła się do późnej nocy, przeplatana łzami i uściskami matki i córki tudzież wykrzyknikami podsędka, które w bardzo niewielkim stopniu przyczyniały się do wyjaśnienia sytuacji.
Panna Eufemia nie była tego wieczora na cmentarzu.