— Wiem!... — upierał się major. — Ale czy ty wiesz, co z tego będzie?... O to — o!...
I pokazał mu figę tak blisko nosa, że cichy wielbiciel Madzi aż pochylił się w tył na ławce.
— Więc cóż z tego będzie?... — zapytała doktorowa zajęta własnymi myślami.
— Figa — rzekł major.
— Madzia nie pojedzie!... — zawołała z radością biedna matka chwytając majora za rękę.
— Dlaczego nie ma jechać? — rzekł zdziwiony starzec. — Pojedzie w sobotę...
— Bo pan major powiedział, że — nie... — odparła doktorowa.
— Eh! to ja Miętlewiczowi mówię...
— Ależ daję słowo honoru... — przysięgał Miętlewicz zarumieniony wyżej czoła.
— W sobotę z rana Madzia wyspowiada się przed wotywą — wtrącił proboszcz — a po wotywie przystąpi do świętej komunii...