— Ale czy ja mogę?...
— Pst!... ani słowa... Ode mnie możesz przyjąć jak... od starszego brata.
Mimo zmartwienia Madzia roześmiała się usłyszawszy ten tytuł i — pocałowała majora w rękę.
— Naczelnikowa już zajeżdża — zawołała matka wbiegając.
Przed ganek zatoczył się powóz. Madzię ktoś ubrał, potem upadła do nóg ojcu i matce, potem czuła na twarzy i czole strumienie własnych i cudzych łez... Na ulicy stał jakiś tłum... ktoś po wiele razy całował jej ręce... jacyś panowie wsadzili ją do powozu i narzucali bukietów... Potem zatrzaśnięto drzwiczki i powóz ruszył.
— Bądź zdrowa!... Pisuj!... Nie zapomnij!... — wołano z ganku.
— Boże błogosław!... — zawołał obcy głos spod parkanu.
Powóz chwiał się i toczył... chwiał się i toczył... toczył bez końca. Kiedy Madzia odjęła mokrą chustkę od oczu i przeprosiwszy panią naczelnikowę za kłopot, jaki jej robi, odwróciła głowę, już było widać tylko wieżę iksinowskiego kościoła, błyszczącą w słońcu.