„Pewnie mnie wypędzi” — pomyślała Magdalena czując, że jej serce bić przestało.
— Joasi jeszcze nie ma? — zapytała pani Latter półgłosem.
— Nie wiem, proszę pani.
— Dobranoc, Madziu! — rzekła przełożona tonem łaskawym i opuściła sypialnię.
„Ach, jaka ona dobra, jaka ona szlachetna!” — unosiła się w duchu Madzia myśląc z trwogą, jakby jej było okropnie znaleźć się na dworze w jednej koszuli w taki deszcz. Co naturalnie musiałoby ją spotkać, gdyby pani Latter dowiedziała się o rozmowie z Adą.
„Jestem bezwstydna!” — szepnęła do siebie gasząc świecę.
Deszcz padał coraz większy, szeleścił na dachu, bębnił w okna, skwierczał w wylotach rynien, szumiał na asfalcie podwórza. Niekiedy rozlegał się turkot dorożki i chlapanie kopyt końskich w wodzie płynącej całą szerokością ulicy.
„Jak zimno musi być tym, którzy wracają do domu” — pomyślała Madzia.
Przebiegły ją dreszcze, więc mocniej owinęła się w kołdrę i zasnęła. Śniło jej się, że pani Latter wcale nie gniewa się na nią, że Zochna jest już na pensji pierwszą uczennicą i że co dzień nosi pąsową kokardę za wzorowe sprawowanie. Jest zaś tak wyjątkowo pilna i grzeczna, że dla odróżnienia jej od najpilniejszych i najgrzeczniejszych uczennic pani Latter każe jej nawet sypiać z pąsową kokardą.
Sen ów wydaje się Madzi tak niedorzecznym, że wybucha śmiechem i budzi się.