Nawet młodzi fabrykanci ociężałym krokiem poczęli zbliżać się do nauczycielki albo obserwować ją z daleka.
— Pi!... pi!... — szepnął jeden. — Ależ to ładna dziewka...
— A zgrabna... Jak żywe srebro...
— Ponosiłaby...
— Jak kogo!... — mruknął młody dystylator mający opinię siłacza. — Co mówisz Bronek?...
— Eh! daj mi tam spokój... — odparł gniewnie młody Korkowicz.
— Psiakrew!... — westchnął czwarty.
— No, no, no... panowie młodzi, gębę na angielski zatrzask, bo to porządna dziewczyna — wtrącił półgłosem Korkowicz starszy.
— Cóż się tatko tak ujmuje?... — spytał gburowatym tonem pan Bronisław, spod oka patrząc na twórcę swoich dni.
Korzystając z chwili okrąglutki jak piłeczka pan Zgierski potoczył się do gospodyni domu i miłośnie patrząc na nią rzekł słodkim głosem: