— A pan Kazimierz? — spytała siostra.
— On najmniej.
— Czy i Dębicki? — dodała zarumieniona.
— Chyba on jeden. Ale to człowiek podobny do kursu jeometrii: wszystko w nim jest pewne, uporządkowane i oparte na kilku pewnikach. Lecz cały ten aparat jest siłą martwą, która wprawdzie daje cenne wskazówki choćby do poruszenia ziemi, lecz sama nie podniesie nawet szpilki.
Solski był w dobrym humorze, choć było widać, że krępuje się wobec Madzi. Co chwilę zbliżał się do niej, lecz wnet odstępował; niekiedy chwytał ją za rękę i zaraz puszczał. Zdawało się, że robi mu przyjemność choćby dotknięcie jej sukni; po twarzy przebiegały mu błyskawice, a w skośnych oczkach zapalały się i gasły iskry.
„Okropny człowiek...” — pomyślała Madzia czując, że wywiera na nią wpływ, któremu niepodobna się oprzeć.
Solski wyszedł, jeszcze ode drzwi spoglądając na przyjaciółkę swej siostry, a wkrótce i Madzia pożegnała Adę.
— Adziu — rzekła nieśmiało — mam do ciebie prośbę... Nie przysyłaj po mnie co dzień...
— Boisz się Stefka?... Obraził cię?... — zapytała Ada patrząc na nią wylęknionymi oczyma. — Ależ ty go nie znasz... to najszlachetniejszy człowiek!...
— Jestem pewna, że tak... Wreszcie nie o niego chodzi, tylko o... moją chlebodawczynię, która (chwilami tak mi się zdaje) zazdrości mi waszej znajomości... Ale ani słowa o tym, Ado... Mogę się mylić, nawet z pewnością mylę się... z tym wszystkim...