— Czwartek.
— Co to czwartek!... — Dziś będzie teatr. Idziemy z ciocią na Zemstę za mur graniczny...
— Cudownie! — zawołała Ada klaszcząc w ręce. — W tym roku jeszcze nie byłam w teatrze...
— To nie wszystko — przerwał Solski. — Zemstę bowiem dają w Teatrze Wielkim, gdzie mamy lożę parterową...
— Aaa!... — zachwycała się Ada.
— To jeszcze nie wszystko, albowiem — słuchajcie, słuchajcie!... po przedstawieniu idziemy na kolację do Stępkowskiego.
Oparł ręce na kolanach i z triumfem spojrzał po obecynch. Ada rzuciła mu się na szyję.
— Jesteś nadzwyczajny, Stefanie... Skądże ci to wszystko przyszło?...
— Słuchaj! — odparł — i podziwiaj mądre urządzenie świata. Jak grudka śniegu staczając się z niebotycznej góry wyrasta w olbrzymią lawinę, tak w domu naszym drobne cnoty rodzą wielkie czyny. Panna Magdalena darowała ci parę kanarków ważących ledwie kilkanaście łutów. Była to owa grudka śniegu, która trafiwszy na ciebie już urosła w Cezara ważącego z pięćdziesiąt kilogramów. Cezar zaś trafiwszy na mnie przerodził się w teatr, który waży dziesiątki tysięcy centnarów.
— Już teraz wiem, dlaczego u was miewam większe migreny, i aniżeli gdy mieszkałam sama — rzekła ciotka.