— O mnie?... — zapytał tonem obrazy młody człowiek.
— Od panny Magdaleny Brzeskiej...
— Aaa!...
— A ponieważ buduję cukrownię i chciałbym robotników otoczyć uczciwymi opiekunami, więc — proponuję panu miejsce lekarza przy fabryce.
Kotowski nie podziękował za propozycję: patrzył na Solskiego nie wierząc własnym uszom.
— Warunki są następujące: murowany dom z ogrodem, kilka morgów ziemi, konie, dla nich obrok, i tysiąc pięćset rubli rocznej pensji. Przyjmuje pan?...
Kotowski był oszołomiony. Zaczął gestykulować rękoma, ale milczał.
— A więc przyjmuje pan — rzekł Solski.
— Za pozwoleniem!... — odparł młody człowiek podnosząc się z fotelu. — Bardzo... bardzo jestem wdzięczny... nigdy nie myślałem... Ale...
— Ale co? — zapytał Solski i na czole zarysowała mu się zmarszczka.