— Przeciwnie, wspominają cię z wdzięcznością.

— Cóż to jest, Madziuś?... W jaki spcsób odpowiadasz?... dlaczego nie siadasz?... — zawołała panna Solska. Zaczęła całować przyjaciółkę, posadziła ją na krześle obok brata i zajęła się przygotowaniem dla niej herbaty.

Madzia zdawała się być zakłopotana bliskim sąsiedztwem Solskiego i co chwilę przysłaniała długimi rzęsami oczy, jakby ją raził blask. Solski był także wzruszony, więc ażeby nie zdradzić się, zaczął mówić:

— Czy wie pani, czym się bawimy? Ada z profesorem kłócą się o to, co jest wyższe: podania biblijne czy objawienia spirytystyczne?...

— Ach, ten spirytyzm... — rzekła Madzia.

— Co?... — zawołał Solski — pani nie wierzy w spirytyzm?...

Madzia delikatnie uniosła ramiona.

— W co dziś można wierzyć?... — szepnęła. I w tej chwili strach ją ogarnął, ażeby Solscy nie wzięli tego za przymówkę.

„Boże mój — pomyślała — jak mi tu źle... Jak ja tu nie chcę mieszkać...”.

Wrażliwe jej ucho pochwyciło nienaturalny ton w głosie Solskiego, kóry wysilał się, ażeby być sobą, a czuł się zmieszanym wobec Madzi.