— Jest pan najszlachetniejszy człowiek, jakiego znam — przerwała Madzia. — Tyle mi pan zrobił dobrego... tylem panu winna...
— Ale żoną moją...
— Nigdy!... — zawołała Madzia z wybuchem rozpaczliwej energii.
— Więc chyba kocha pani innego? — spytał Solski ani na chwilę nie podnosząc głosu.
Madzia oddychała prędko, szarpała chustkę w rękach, wreszcie rzuciwszy ją na kanapkę odparła:
— Tak.
Solski podniósł się.
— W takim razie — rzekł zawsze tym samym tonem — przepraszam... Nigdy nie śmiałbym wdzierać się w cudze prawa...
Ukłonił się i wyszedł spokojnie, równym krokiem, tylko pociemniały mu oczy i pobladły usta.
Gdy stanął w swoim gabinecie, wybiegł naprzeciw niego Cezar; podskoczył i oparł mu potężne łapy na piersiach. Solski usunął się i kopnął psa.