— Byłam tam.
— Pani?...
— Byłam u pani Turkawcowej odwiedzić Stellę, która tam umarła, a w szpitalu — zobaczyć jej dziecko, które umiera...
— U Stelli?... Więc umarła biedaczka!... — zawołał Miętlewicz. — I pani ją odwiedzała?...
Podniósł się z kanapki i ciągle szastając nogami ucałował Madzi obie ręce.
— Pani to chyba jest święta — szepnął.
— Cóż w tym dziwnego?...
— Ale ludzie — ciągnął Miętlewicz — ludzie, proszę pani, to są... nierogate świnie z przeproszeniem. Tylko tyle powiem...
Otarł oczy, znowu ucałował ręce Madzi i ukłoniwszy się wybiegł z pokoju.
„Prawdziwy prowincjonalista — myślała Madzia wzruszając ramionami. — Jego dziwią plotki!...”.