— Warta!... Brońcie następcy!... — odpowiedziano z sali.

— Zapalcie światło!... — odezwał się młodzieńczy głos następcy. — Kto mnie szuka?... Tu jestem.

Wniesiono pochodnie. Na sali piętrzyły się wywrócone i połamane sprzęty, między którymi kryli się biesiadnicy. Na estradzie książę wydzierał się kobietom, które krzycząc oplątywały mu ręce i nogi. Obok księcia Tutmozis w potarganej peruce, z brązowym dzbanem w ręku, gotów był walić w łeb każdego, kto by się zbliżył. We drzwiach sali ukazało się kilku żołnierzy z obnażonymi mieczami.

— Co to jest?... Kto tu jest?... — wołał przerażony nomarcha.

Nareszcie spostrzeżono sprawcę zamętu. Jakiś olbrzym, nagi, okryty błotem, z krwawymi pręgami na plecach, klęczał na schodach estrady i wyciągał ręce do następcy.

— Oto morderca!... — wrzasnął nomarcha. — Bierzcie go!...

Tutmozis podniósł swój dzban, ode drzwi przybiegli żołnierze. Poraniony człowiek upadł twarzą na schody wołając:

— Miłosierdzia, słońce Egiptu!...

Już mieli go schwycić żołnierze, gdy Ramzes, wydarłszy się kobietom, zbliżył się do nędzarza.

— Nie dotykajcie go! — zawołał na żołnierzy. — Czego chcesz, człowieku?